Co to jest rewilding i dlaczego Twoja firma powinna się nim zainteresować?

Jest rok 1995. Do Parku Narodowego Yellowstone wjeżdżają ciężarówki z Kanady. Na pace, w specjalnych klatkach, siedzi czternaście wilków. Nie wiedzą jeszcze, że staną się bohaterami najsłynniejszego eksperymentu przyrodniczego w historii.

Historia jest znana: wilki zapolowały na jelenie, jelenie przestały wyjadać młode wierzby nad rzekami, drzewa odrosły, bobry wróciły, a rzeki zmieniły swój bieg. Natura uregulowała się sama, gdy tylko człowiek oddał jej sterowność.

Brzmi pięknie, prawda? Jak scenariusz filmu przyrodniczego czytanego przez Krystynę Czubównę.

A teraz przenieśmy się z Wyoming do strefy przemysłowej pod Wrocławiem albo biurowca na warszawskim Służewcu. Tutaj „wilkiem” nie jest drapieżnik. Jest nim decyzja zarządu o zmianie sposobu myślenia o terenie. Bo rewilding w mieście i biznesie to nie wypuszczanie dzikich zwierząt na parking. To zmiana modelu zarządzania infrastrukturą: z modelu „ciągłej walki” na model „samoregulacji”.

I to jest moment, w którym ten temat przestaje być ciekawostką dla ekologów, a staje się twardym elementem strategii zarządzania aktywami.

Rewilding, czyli inżynieria procesowa (tylko zielona)

W biznesie boimy się słowa „dzikość”. Kojarzy nam się z chaosem, brakiem kontroli, czymś, co trzeba „ogarnąć”. Dlatego przez lata co to jest rewilding tłumaczono błędnie jako „zapuszczenie terenu”. Że niby przestajemy kosić, rzucamy klucze w trawę i niech się dzieje wola nieba.

To błąd. W takim ujęciu dostajemy chaszcze, inwazyjne nawłocie i mandat od straży miejskiej.

Profesjonalny rewilding korporacyjny to coś zupełnie innego. To przywrócenie naturalnych procesów przyrodniczych w taki sposób, by przejęły one pracę, którą do tej pory wykonywali ludzie i maszyny.

Wyobraź sobie, że masz w firmie dział, który wymaga mikrozarządzania. Musisz stać nad pracownikiem i mówić mu: „teraz pij wodę”, „teraz zjedz obiad”, „teraz załóż kurtkę”. To jest klasyczny trawnik. Musisz go podlewać, nawozić, kosić. Bez Twojej (płatnej) interwencji – umrze.

Rewilding to zatrudnienie seniora, który jest samodzielny. Dajesz mu zasoby na start, a potem on sam zarządza swoją pracą. Łąka kwietna czy las kieszonkowy same magazynują wodę, same budują żyzność gleby i same bronią się przed szkodnikami. Ty tylko patrzysz na efekty.

Efekt? Przestrzeń, która nie tylko cieszy oko, ale przede wszystkim realnie wspiera lokalny ekosystem.

Dlaczego Excel polubi się z naturą?

Kiedy rozmawiamy z dyrektorami finansowymi, rzadko używamy argumentów o pięknie motyli. Rozmawiamy o kosztach operacyjnych (OPEX). Model oparty na ciągłej kontroli natury (strzyżenie, pryskanie, podlewanie) jest po prostu drogi. I z każdym rokiem, wraz ze wzrostem cen wody i robocizny, staje się droższy.

Wprowadzenie elementów dzikiej przyrody na tereny firmowe to klasyczna optymalizacja procesów.

Gdy zastępujemy monokulturę trawnika łąką kwietną, redukujemy liczbę cykli koszenia z dwudziestu do dwóch rocznie. To nie jest „oszczędność na wacikach”. W skali kilkuletniej obsługi dużego obiektu logistycznego mówimy o kwotach, które widać w bilansie. Mniej paliwa, mniej serwisu, mniej faktur.

Do tego dochodzi woda. W tradycyjnym ogrodzie walczymy z grawitacją i parowaniem, pompując tysiące litrów wody wodociągowej. W systemach zrewildowanych (np. ogrody deszczowe, niecki retencyjne) woda opadowa zostaje w gruncie. Rośliny dobrane do siedliska (rodzime byliny, głęboko korzeniące się zioła) radzą sobie same. Woda przestaje być kosztem, a staje się zasobem, który pracuje na mikroklimat wokół budynku.

Odporność na to, co nadejdzie (Climate Resilience)

Jest jeszcze jeden powód, dla którego Twoja firma powinna zainteresować się tym tematem. I nie chodzi tu o pieniądze tu i teraz, ale o bezpieczeństwo za pięć lat.

Nasze miasta i strefy przemysłowe stają się wyspami ciepła. Beton i asfalt nagrzewają się do 50-60 stopni Celsjusza. Klimatyzatory wyją na najwyższych obrotach, a systemy energetyczne są na granicy wydolności. W takim otoczeniu pracownicy są zmęczeni, a maszyny częściej ulegają awariom.

Natura ma na to gotowe technologie. Drzewo to nie ozdoba – to wydajny klimatyzator ewaporacyjny. Pas zieleni o charakterze naturalnym (nie strzyżona trawa, ale gęste krzewy i drzewa) potrafi obniżyć temperaturę odczuwalną w swoim sąsiedztwie o kilka, a nawet kilkanaście stopni.

Rewilding to budowanie tarczy ochronnej dla Twojej nieruchomości. Las kieszonkowy posadzony metodą Miyawaki rośnie 10 razy szybciej niż tradycyjny las i wchłania hałas oraz pyły zawieszone (PM10, PM2.5) znacznie skuteczniej niż ekrany akustyczne. To realna infrastruktura krytyczna, która chroni Twój biznes przed skutkami zmian klimatu.

ESG: Kiedy „dzikość” trafia do raportu

ESG: Kiedy „dzikość” trafia do raportu

Dla wielu firm punktem zwrotnym jest moment, w którym dział ESG kładzie na stole wytyczne dyrektywy CSRD. Nagle okazuje się, że trzeba zaraportować wpływ firmy na bioróżnorodność i ekosystemy.

W starym paradygmacie („mamy tu ładne tuje”) nie ma czego wpisać w rubryki. Tuje są biologicznie martwe. To zielony beton.

Wprowadzenie rozwiązań opartych na naturze daje twarde dane („evidence-based”). Możemy policzyć powierzchnię biologicznie czynną, ilość zretencjonowanej wody, a nawet szacować liczbę gatunków, które znalazły schronienie na terenie firmy. Tworzymy tzw. hotspoty bioróżnorodności.

Dla inwestora czy audytora to sygnał: ta firma nie uprawia greenwashingu. Oni nie tylko pomalowali logo na zielono, oni realnie oddali kawałek terenu naturze, przywracając funkcje ekosystemowe. To buduje wiarygodność, której nie da się kupić żadną kampanią reklamową.

Jak to wygląda w praktyce? (To nie musi być puszcza)

Zejdźmy na ziemię. Wdrożenie rewildingu w firmie nie oznacza, że jutro na parkingu pojawią się żubry, a pracownicy będą musieli przedzierać się do biura z maczetami. To proces projektowany strefowo.

Zaczyna się od audytu. Patrzymy na mapę terenu i szukamy miejsc, które są „puste”. Pasy zieleni przy płotach, nieużytki za magazynem, trawniki, po których nikt nigdy nie chodził. To są idealni kandydaci.

Tam wprowadzamy zmiany:

  • Zamiast trawnika – łąka kwietna z gatunków rodzimych.
  • Zamiast betonowej kostki w strefie relaksu – ogród biocenotyczny.
  • Zamiast pustego placu – mikrolas, który za 3 lata będzie szczelną barierą izolacyjną.

W miejscach reprezentacyjnych („front office”) zieleń może być bardziej uporządkowana, ale wciąż oparta na bylinach, a nie jednorocznych bratkach. W strefach „back office” pozwalamy naturze na więcej swobody.

To kompromis między estetyką, a funkcją. I co ciekawe – pracownicy to kochają. Okazuje się, że ludzie wolą patrzeć przez okno na kwitnącą łąkę pełną życia, niż na sterylną, zieloną wykładzinę. To działa na naszą psychikę kojąco – atawistyczna potrzeba kontaktu z naturą (biofilia) jest w nas silniejsza niż korporacyjny dress code.

Decyzja należy do Ciebie: kontrola czy współpraca?

Możesz dalej walczyć z naturą. Wydawać budżet na to, by utrzymać stan, który nie jest naturalny dla naszej strefy klimatycznej. Możesz lać wodę w piach i kosić trawę, która za tydzień znów odrośnie.

Ale możesz też zmienić zasady gry. Zaprosić naturę do współpracy jako podwykonawcę. Ty dajesz jej miejsce, ona daje Ci darmowe usługi: chłód, czyste powietrze, retencję wody i niższe koszty utrzymania.

W Beewild widzimy, że firmy, które raz spróbowały tej drogi, nigdy nie wracają do „angielskich trawników”. Bo wolność od ciągłego koszenia i widok tętniącego życiem ogrodu po prostu uzależnia. I opłaca się.

Zobacz, jak możemy wspólnie rozwijać ekologiczną ofertę

Skontaktuj się z nami, aby umówić się na bezpłatną konsultację. Razem stworzymy plan działań, który pozwoli Twojej firmie dostarczać klientom wartościowe i mierzalne rozwiązania ekologiczne.